Annc Dąbrowska
Lifestyle

O See Bloggers i moich błędach.

Żeby zrozumieć istotę mojego rozdarcia musimy cofnąć się kilka lat wstecz. Jestem na drugim roku studiów, wracam do domu po kolejnych zajęciach z ,,Rozwoju i motywacji”  i jestem zafascynowana tym jak wiele perspektyw jawi się na horyzoncie, a wszystko, ale to wszystko zależy jedynie ode mnie. Idę spać zanurzona w marzeniach o życiu pełnym wyzwań. Dzień później patrzę na pozytywny test ciążowy, kupiony przypadkiem i zrobiony na wszelki wypadek. Tego nie było w moim planie rozpisanym metodą SMART.

Chciałaś mieć wyzwania? No to masz! Kilka godzin później googluję opinię o lekarzach w moim mieście, a także sprawdzam jakie badania muszę zrobić na już. Dowiaduję się też, że nie brałam kwasu foliowego, nie mam aktualnych badań na obecność wirusa HIV i powinnam przestać się denerwować, co w tamtym momencie powoduje u mnie wybuch śmiechu przemieszanego z łzami. Aby ukoić nerwy wpisuję w wyszukiwarkę hasło ,,modna wyprawka dla noworodka” i wciskając enter trafiam na świętego Graala- blogi parentingowe.

Wiedziałam, że istnieją blogi. Taki, na którym przeklina Kominek, taki, na którym Maff pokazuje ubrania, ale nigdy nie wpadłam na to, że kobiety prowadzą strony o swoich doświadczeniach związanych z macierzyństwem. Zaczytuję się w nich i pozwalają mi przetrwać ten… błogosławiony stan.

Annc

Pomysł na to, żeby założyć swoje miejsce rodzi się bardzo szybko i pierwsza jego wersja powstaje na blogspot, jednak ze względu na to, że mam zawodową styczność ze stronami internetowymi i co nieco łapię z tematu, szybko zdaje sobie sprawę z ograniczeń narzuconych przez serwis.

Tak powstaje Annc, a z nią mnóstwo radości, ale też kilka niepowodzeń i ciężarów, o których nie będę się dziś rozpisywać. Zaliczamy swoje wzloty i upadki i mówiąc szczerze myśli o porzuceniu bloga towarzyszą mi od samego początku, nie tylko ze względu na skrajny introwertyzm i gniotący samokrytycyzm, ale głównie przez chroniczny brak czasu. Mam męża, dwójkę dzieci, pracę i tak naprawdę mimo tego, że to małe poletko w sieci sprawia mi mnóstwo radości, to przy ustalaniu priorytetów spadało zawsze poniżej wszystkich punktów. Jestem tutaj sterem, okrętem, majtkiem, cieślą, maszynowym, kapitanem i jego papugą (No dobra, to ostatnie połowicznie, bo mimo niewątpliwej barwności postaci, rozumiem słowa, które wypowiadam. W większości rozumiem.)

Gdy tak wiszę między tym, że bloguję, nie bloguję, trochę bloguję, już nie bloguję, miga mi informacja o trwających zapisach na festiwal See Bloggers. Jak co roku, psuje mi to nastrój, w podobny sposób jak informacja o tym, że ktoś z moich rówieśników obronił pracę magisterską. Jeśli chodzi o konferencje jestem jak ten człowiek z dowcipu, który kilka dni z rzędu prosi boga o wygraną na loterii, a później złożeczy, bo bóg go nie wysłuchał. W finałowej scenie pojawia się stwórca we własnej osobie i mówi: ,,daj mi szansę! kup los, do cholery!”.  Nigdy w życiu nie wysłałam zgłoszenia, a zawsze mi smutno gdy nie dostaję zaproszenia.  Ale ten rok był inny. Zapisuję się i czekam, nie licząc na cokolwiek.

,,Szykuj się, jedziesz w lipcu na See Bloggers”

Aż przysiadam. Nie interesuje mnie ile tysięcy twórców dostało zaproszenia (później dowiedziałam się, że ok 1700), interesuje mnie jedynie to, że ktoś wszedł na moją stronę, spojrzał na kanały social media i powiedział ,,jest twórcą, wysyłaj”. Obiecuję sobie, że pojadę, wchłonę tyle wiedzy ile mogę i gdy wrócę podejmę decyzję o tym co będzie dalej.

W międzyczasie, zupełnie na szybko piszę tekst, który czyta 67 tysięcy ludzi. 67 tysięcy. Wyobrażam sobie 67 tysięcy ludzi w jednym miejscu i znów mam ochotę schować się pod kołdrą i udawać, że zniknęłam. Ale wyzwanie zostało podjęte, rękawica rzucona, a kobyłka u płota. ,,W lipcu obieram kierunek: Gdynia”. Poziom mojego stresu oscyluje między wizytą u stomatologa, a maturą. Na szczęście nie jadę tam sama, bo pewnie cofnęłabym się z Dworca Wschodniego, zakładając, że w ogóle bym wyszła z domu. Po długiej podróży razem z Kamilem (Tatą akurat nie w pracy) i Olgą  (To Be Fit), która do końca ciśnie bym była fit i zabrania mi zjedzenia czegoś paskudnego w burger kingu, docieramy na miejsce.

Konferencja czy festiwal?

Ludzi jest mnóstwo! Zerkam identyfikatory wiszące na szyjach uczestników, a w przerwach na papierosa sprawdzam kogo właśnie minęłam. Przewijają się nie tylko blogerzy jako tacy, ale też twórcy video (nie znoszę określenia youtuber!), ludzie, którzy prowadzą ,,jedynie” fanpage na facebooku lub konta na instagramie. Fajnie, że organizatorzy docenili , którzy realizują się twórczo w inny sposób niż, jednocześnie gromadząc większą i bardziej zaangażowaną społeczność niż niejeden bloger.

Uczestniczę w kilku fajnych prelekcjach, z których najwięcej wynoszę ze spotkania z Radzką. Lubię dziewczynę, mam do niej słabość. Nie ukrywam też, że nagrywanie wideo jest czymś co naprawdę mi się podoba i kierunkiem, w którym równolegle chciałabym iść, jednak pozostawiam to w kwestii do przemyślenia, ponieważ dopiero to spotkanie uświadamia mnie jak czasochłonna jest ta forma. Swoją drogą zanim zhejtujecie czyjś filmik, wytkniecie nieułożoną fryzurę czy plamę na swetrze, pomyślcie, że ten prosty film powstawał od 5 do 8 godzin, a następnie weźcie kilka głębokich wdechów, policzcie do dziesięciu i zastanówcie się czy naprawdę chcecie to napisać.

Z tych dwóch dni wynoszę też przekonanie, że internet kłamie! Niby wiemy, co robią z nami filtry na instagramie, do czego służy photoshop, na czym polega kreowanie wizerunku, ale zobaczenie tego na żywo to zupełnie co innego. Nagle się okazuje, że nie tylko ja mam problem z nawiązywaniem kontaktów na żywo, nie tylko ja mam problemy z cerą, a moje włosy nie są jedynymi w całej blogosferze, które sterczą pod dziwnym kątem. Prawdopodobnie nie ja jedyna mam również krzywe zęby, ale nie chciałam aż tak się przyglądać. Ludzie, którzy migają mi na instagramie, facebooku i czytniku RSS okazują się być istotami z krwi i kości. Razem ze mną, wściekli szukają kawy, mają kaca po wczorajszej imprezie, a w środku nocy nie ja jedyna poszukuję ociekających tłuszczem węglowodanów. Reakcja na zalanie się herbatą również nie brzmi podobnie do ,,motyla noga!”. Nie zrozummy się źle, nie twierdzę, że na żywo wszyscy okazują się brzydcy, ale po prostu stają się ludźmi. To pozwala poczuć się ze sobą lepiej, bardziej pewnie, a także rozbudz,a w stosunku do nich, ogromne pokłady sympatii. I zanim ktoś zarzuci mi, że jestem okropna to powiem, że nie znam kobiety, która nie poczuła się lepiej gdy zobaczyła kompilację zdjęć gwiazd, złapanych bez makijażu. Jeśli twierdzi, że nie odetchnęła z ulgą- kłamie.

Najważniejsza lekcja, którą stamtąd wyniosłam to…

Świadomość, że pisanie bloga to żaden powód do wstydu. To nic umniejszającego. Wyjście do ludzi z własną kreatywnością i inicjatywą, jest niełatwe, bo wiąże się z wyjściem poza własną strefą komfortu, narażenie się na krytykę i nie zawsze sprawiedliwą ocenę, ale przecież w tym właśnie leży istota rozwoju. Na każdego krytykanta przyjdzie pięć osób, które przybiją ci piątkę, wesprą i zmotywują. Nie wszystko musi być produktywne, wystarczy, że czerpiesz z tego radość. Nie jestem czekoladą, że wszyscy muszą mnie lubić, nie jestem też Angeliną Jolie żeby wszystkim się podobać. Żałuję, że nie wiedziałam tego 5 lat temu, bo przy odrobinie szczęścia, moja sytuacja byłaby dziś zgoła inna.

Jeśli jesteś w podobnej sytuacji i masz poczucie, że masz coś do przekazania światu, to nie oglądaj się na znajomych, na krytykantów, na hejterów i rób swoje, a mam nadzieję, że za rok spotkamy się na See Bloggers w Gdyni. Wtedy podejdź i przybij mi piątkę, bo serio, ja tylko niemiło wyglądam.

You Might Also Like...

  • Eli

    Tak, filtry filtrami, Ps Ps’em, a ja też mam problemy z cerą i trochę krzywe zęby 😉 – wszyscy jedziemy na tym samym wózku :P. Strasznie miło było Cię poznać. Jesteś śliczną kobietką ze swoim unikatowym stylem bycia – uwielbiam! Mam nadzieję, że do następnego. Trzymam kciuki za Twoje palny parentingowe! BYE

    • Ciebie również fajnie było poznać! Dziękuje Ci za te słowa <3 Koniecznie łapiemy się w przyszłym roku 🙂

  • To fakt!! Haha sama niektórych nie poznałam