Annc
life&style style

No makeup – no problem

Ostatnio zaczęłam nagrywać instastories. Nie zawsze mam czas, by dodać na Instagram zdjęcie, a 15 sekund, ewentualnie ich wielokrotność, jest dużo łatwiejszą i szybszą formą przekazu. Co prawda nadal wstydzę się gadać do telefonu w miejscach publicznych, ale zacisze własnego mieszkania, samochód czy opuszczona alejka w parku są dla mnie komfortowe.

Jestem również mile zaskoczona odbiorem, bo okazuje się, że ludzie są naprawdę ciekawi tego co mówię i dużo częściej wchodzą ze mną w polemikę albo po. Udzielają mi też pomocy, np zostałam uratowana magiczną pomadką do ust, gdy narzekałam, że mam problem z ich wygojeniem, dostałam książkę, bo moja, nowo poznana, instagramowa znajoma uznała, że mi się spodoba (i spodobała!), ale przede wszystkim dostaję po prostu mnóstwo dobrej energii, a o to właśnie chodzi.

Anno, doigrałaś się!

Dwa dni temu w odpowiedzi na historię Michaliny powiedziałam, że na szczęście nie jestem krytykowana za wygląd, że niemal nie zdarzają się mi tacy ludzie, za co jestem wdzięczna, bo jest to coś czego kompletnie nie rozumiem. Przecież nie muszę każdemu się podobać, w pełni to akceptuję, ale nie biorę udziału w konkursie piękności i nie widzę powodu, by ktoś musiał wyrażać swoje zdanie, na temat, na który tak naprawdę nie mam wpływu. No to mam za swoje. Dziś byłam na targach Mamaville i po powrocie nagrałam kilka słów o tym, że to targi, na których wystawiają się mamy ze swoimi biznesami, że można wesprzeć kobiety, że można się zainspirować do znalezienia własnej drogi.  Co dostałam w zamian?

Nie boli mnie to, że ktoś uznał, że potrzebuję makijażu. Boli to, że napisała to kobieta, w momencie gdy mówiłam o wspieraniu innych kobiet. Jakakolwiek polemika była niemożliwa, a przysięgam, że próbowałam, dziewczyna dostała palmę pierwszeństwa, jako pierwsza zbanowana osoba na moim instagramie, bo jej obrażaniu mnie i moich dzieci nie było końca. Być może nic nie dzieje się bez przyczyny, bo uznałam to doskonały pretekst, by napisać o tym do czego zbieram się już długo i rozpocząć tym cykl ,,style”.

Pogadajmy o makijażu. A właściwie jego braku, czyli czymś na co mam wpływ, ale wcale nie chcę zmieniać.

Kolorówka i ja

Moja mama nigdy nie malowała się na codzień, bo po prostu tego nie potrzebowała. To po niej mam dosyć ciemną oprawę oczu, przy bardzo jasnej skórze i mocno napigmentowane usta, ale było coś co ona miała, a ja nie. Ładną cerę. Jak możecie się domyślać życie nastolatki z trądzikiem nie było super przyjemne, skóra była moim największym kompleksem. Przerobiłam doskonałych dermatologów, leki, maści, kwasy, oczyszczania mechaniczne i wszystko co jakkolwiek mogłoby mi pomóc. Nie pomagało nic, a ja wyglądałam po prostu źle i wstydziłam się każdego dnia, bo przecież rówieśnicy wiedzieli najlepiej, że skoro moja twarz to jeden wielki wysyp, to na pewno mam problemy z higieną. Doprowadziło to zresztą do sytuacji, w której myłam się tak często, że doprowadziłam skórę całego ciała do ruiny, bo pozbawiłam ją jakiejkolwiek warstwy lipidowej i nabawiłam się czegoś co przypominało egzemę.

Makijaż stał się moim marzeniem. Dlaczego tylko marzeniem? Bo moja mama miała bardzo konkretne zdanie na temat tego w jakim wieku można się malować, a jedyne co byłam w stanie przemycić pod jej czujnym okiem to odrobina maskary. Wtedy jej za to nienawidziłam, dziś będąc mamą zrobiłabym dokładnie to samo. Kiedy wraz z wiekiem pojawiła się możliwość używania podkładu, korektora i pudru, a jakiś czas później cieni do powiek, kredki i różu, to korzystałam z niej pełnym zaangażowaniem, przez wiele lat, choć tak naprawdę, mimo, że moja skóra nadal nie była idealna, jej stan był nieporównywalnie lepszy niż ten z okresu wczesnej nastoletniości. Wierzcie bądź nie, ale malowałam się dosłownie każdego dnia, nawet gdy Marianka pojawiła się już na świecie, prawdopodobnie odpuściłam sobie w szpitalu i przez pierwsze jej dni pobytu w domu, ale nie dam sobie ręki uciąć czy sycząc z bólu, ze szwami po cesarskim cięciu, nie wyciągałam nad okiem idealnej kreski, przy łazienkowym lustrze. Moje szaleństwo było nie do opanowania, nie wyszłam do osiedlowego sklepu bez kolejno podkładu, korektora, pudru, bronzera, różu, cieni, eyelinera, tuszu, a często nawet cholernego rozświetlacza. Sytuacja diametralnie się zmieniła gdy zaszłam w ciążę z Tosią i okazało się, że jednoczesne ogarnięcie dwulatki, permanentnych mdłości, senności, zawrotów głowy i makijażu to po prostu zbyt wiele. Okazało się też, że te pół godziny poświęcane na budowanie mojej twarzy na nowo można, po prostu, przeznaczyć na sen. Z autentycznym zdziwieniem odkryłam, że gdy wychodzę z domu bez makijażu, pani w piekarni nie pada trupem z przerażenia na mój widok.

I tak właśnie przestałam się malować. Ale dlaczego nie zaczęłam na nowo? Przecież moje córki spędzają dzień w przedszkolu, a ja codziennie mogłabym wykonturować się na mokro, od stóp do głów. Powodów jest kilka.

Więcej i więcej

Uwielbiałam się malować i szłam w to coraz dalej, bo to co już robiłam po prostu mi powszedniało. Po mijanych na ulicy kobietach stwierdzam, że to dosyć popularne, choć pewnie nie jest regułą. O co chodzi? Najpierw mamy efekt wow, bo zaczynamy używać korektora, a zanim się zorientujemy ciśniemy smokey eye już trzecią godzinę i zdecydowanie potrzebujemy 3 odcieni różu na policzkach. Często nawet nie orientujemy się, w którym momencie zaczynamy wyglądać niestosownie do okazji, a nawet karykaturalnie. Moim zdaniem to mechanizm podobny do stosowania wypełniaczy. Naprawdę myślicie, że te wszystkie dziewczyny chcą wyglądać jak glonojady?

Znajomi nie wiedzieli jak wyglądam

W tych rzadkich chwilach gdy pokazywałam się bez makeupu byłam bez przerwy pytana o to czy wszystko w porządku. Czy nie jestem chora. Czy jestem smutna. Czy ktoś umarł. To było destrukcyjne dla mojej samooceny. Nie można się dziwić ludziom, po prostu wyglądałam mniej wyraziście niż zwykle, ale tak właśnie wyglądałam sauté i po prostu musieli się z tym pogodzić.

Dbam o skórę

Nawet najlepszy, najbardziej ekologiczny podkład czy puder to warstwa, którą właściwie naklejasz na skórę. I naprawdę nikt i nic nie jest w stanie przekonać, że jest inaczej, bo skoro nakładasz go rano, a wieczorem, podczas demakijażu, zostaje na płatku kosmetycznym, to znaczy, że przez cały dzień tam był. Był i zaklejał skórę, nie pozwalał jej wypchnąć na zewnątrz tego, czego ona tak bardzo chce się pozbyć. Nie działa na mnie teoria, że makijaż jest buforem między światem zewnętrznym, a naszą skórą. W tej funkcji widzę raczej kremy, które nieprzypadkowo zostały nazwane ochronnymi. Odkąd odstawiłam makijaż, a także to co mnie uczulało moja skóra, w moich oczach, jest piękna.

Jestem wzorem

Mam w domu dwie fajne dziewczyny, które patrzą we mnie jak w obrazek i nieskromnie powiem, że moje zachowania będą miały spory wpływ na to, jak ułożą sobie relację z samą sobą. Gryzę się w język gdy mam powiedzieć coś o tych kilku(nastu) kilogramach więcej, nie opowiadam o kompleksach, nie pokazuję, że makijaż to poranny must have. Jakiś czas temu Marianka przyglądała mi się, gdy z uporem godnym wyższej sprawy wyrysowywałam usta konturówką i zapytała po co to robię, a ja (głupio) powiedziałam, że chcę być ładna. ,,Ale ty jesteś ładna! I mądra!” odpowiedziało moje dziecko. I tak właśnie mają o sobie myśleć.

Chcę się podobać

Nadal ktoś wierzy, że którakolwiek kobieta maluje się codziennie jedynie dla siebie? Ja nie, ale to naturalne, że każdy człowiek lubi czuć się atrakcyjny. Ja też chcę się podobać mojemu mężowi, a on… nie lubi mnie w makijażu. Niczego nie zabrania, to nadal moja decyzja, ale otwarcie przyznaje, że woli mnie w wersji naturalnej i same powiedzcie… czy może być coś fajniejszego?

Więcej pieniędzy, więcej luksusu

Tusz do rzęs i czerwona szminka to coś co dopuszczam i dozuję wedle mojego nastroju, ale mówimy tu raczej o wydarzeniu na skalę miesiąca niż tygodnia. Wiecie jakie to uczucie gdy pieniądze zaoszczędzone na kilkunastu produktach możesz, niemal bez wyrzutów sumienia, wydać na klasyczną czerwień Chanel? Cholernie dobre.

Bo nie.

Polubiłam się ze sobą na tyle, że uważam, że makijaż nie jest mi do niczego potrzebny. Tak, mam blizny i przebarwienia, tak, mogę się świecić, ale co z tego? W przeciągu ostatnich 3 lat zrobiłam pełen makeup dosłownie kilka razy i po prostu źle się w nim czułam. Nadal lubię sam moment malowania, nadal podoba mi się u innych, nadal śledzę nowinki, ale po prostu… to nie dla mnie. A gdy mam zły humor lubię myśleć, że wyznaczałam trendy przed Alicją Keys.

Sprawdź to…