Annc Dąbrowska
codziennie Mama i dziecko

Jak nieświadomie zostałam instamatką

2012, późna jesień. Piękne ciuszki. Biel. Szarość. Pudrowy róż. Owsianka z malinami i czymś jeszcze, czego nazwy nawet nie znam. Skąd maliny we wrześniu, zastanawiam się ociemniała. Manicure, pedicure, nowa szminka, mamusia ma wychodne, tatuś przyniósł kwiaty. Jest workout, są meble z ikea i scandi styl. #ilovemylife? Nie u mnie. Ja po prostu scrolluję instagram, podczas gdy moja pierworodna masakruje mi piersi. Ma na sobie jakiś używany bodziak w kolorze, który kiedyś był ciepłym beżem. W sumie bez różnicy, bo zaraz i tak zaraz będzie do wymiany.

Scrolluję dalej i chlipę.

Ludzie tak nie żyją, prawda? Ja nigdy nie będę tak żyć. Macierzyństwo, mimo słodyczy malutkich paluszków i zapachu noworodka to jakaś cholerna orka na ugorze. Ja czuję, że się rozpadam, dres się klei, ten drugi ma plamy, w inne spodnie nie wchodzę. Mama ma wychodne? Tak. Do łazienki. Mogę w spokoju zrobić kupę, jeśli akurat Gabryś jest w domu. Nie przynosi kwiatów, ale czasem przynosi obiad i kocham go za ten obiad jak jasna cholera. Noszę, bujam, reaguję na potrzeby, wstaję, karmię, śpiewam,  jem tosta z serem w okolicach 14, próbuję też jeść płatki na mleku, ale non stop wylewam zawartość łyżki na małą głowę, bo… nadal bujam, na stojąco, nie inaczej. Gdy mój tyłek dotyka czegokolwiek rozlega się płacz. Stojąc i bujając staram się jednak nie odrywać stóp od ziemi, by nie czuć jak bardzo klejąca jest podłoga.

2017, późna jesień

Czytam wpis mojej znajomej Misi, na jej blogu Wielka Wycieczka. Chwilkę temu urodziła przepięknego syna. Czytam i stwierdzam, że przerabia właśnie moją historię. Uśmiecham się pod nosem. I coś o tych rodzicach z instagrama zaczyna mi świtać. Sprawdzam swoje konto. Są uśmiechnięte dzieci. Biel. Szarość. Pudrowy róż. Jest manicure. Jest wychodne mamusi. Mamusia poćwiczyła na dywanie z ikea. Po prostu… #ilovemylife

,,Gratuluję, zostałaś instamatką!”

Możecie się ze mnie śmiać. Droga wolna. Możecie myśleć, że wiodę idealne #instażycie. Sama patrzę i nie wierzę i naprawdę zmusiłam się do głębszych przemyśleń aby zrozumieć ten stan rzeczy. Jak to się stało, że jestem tu gdzie jestem i to wszystko wygląda jak wygląda? Poczytajcie niżej.

Kiedy jest mi źle nie publikuję na instagramie ani nigdzie indziej. Aby zobaczyć kiedy mam okresy bezsilności wystarczy spojrzeć na daty. Znikam. Mogę napisać jak bardzo jest źle i wiem, że zostanę stosownie ojojana, ale zupełnie serio szkoda mi marnować na to wasz czas. Czytają mnie głównie mamy, a ja jestem już na tyle świadoma, że wszystkie jesteśmy na skraju wytrzymałości i skrajnym niedoczasie, że naprawdę nie chcę nikomu dokładać. Przestałyśmy maniakalnie bujać dzieci i wstawać w nocy co pół godziny, ale teraz stoimy na froncie przedszkolnych dramatów, zajęć dodatkowych i filozoficznych rozpraw o tym co to znaczy być biednym albo kiedy umrzemy i czy na pewno nie jutro. Małe dziecko- mały kłopot, duże dziecko- inny kłopot. Dlatego jeśli już jestem- faktycznie jestem całkiem zadowolonym z siebie człowiekiem.

Mieszkam w katalogu IKEA. Przyznaję, mea culpa. Nasze mieszkanie to oszałamiające 46 metrów kwadratowych. Dwójka dorosłych, dwójka dzieci, dwa koty i pies. Brzmi hardcorowo, prawda? W takiej przestrzeni masz do wyboru a) oszaleć b) zrobić meble na wymiar, albo c) wsiąść w samochód i pojechać do skandynawskiego giganta po to czego akurat potrzebujesz. A nasze potrzeby zmieniają się dynamicznie, bo dzieci rosną, a my staramy się ogarnąć tą przestrzeń pod nasze potrzeby. Możliwie niskim kosztem. Jasne kolory są ważne, bo i tak czasem mam wrażenie, że mieszkam w pudełku na klocki. To nie jest fancy scandi style, to konieczność. Jasne, że chcę mieszkać ładnie i uwielbiam gdy ktoś prawi komplementy pod adresem naszego mieszkania, ale przede wszystkim stawiam na możliwość przetrwania.

Metraż mieszkania daje też inne ograniczenie. Nie mogę mieć bałaganu. Jeśli coś zalegnie na podłodze potknę się o to 30 razy na godzinę. Bałagan na biurku spowoduje zrzucenie ,,zaległości” na ziemię gdy tylko ruszę łokciem. Pierdolnik na mikro blacie w kuchni uniemożliwi zrobienie śniadania, obiadu czy nawet kawy. Przy rozwieszonym praniu mam problem, by dojść do lodówki. Zawalona kanapa oznacza, że właśnie nie mam gdzie usiąść, w dosłownym znaczeniu. W ostatnich miesiącach jest mi łatwiej, bo Mania zaczęła respektować narzucone przeze mnie zasady, umie posprzątać po sobie, a czasem nawet wyręcza siostrę. Ot, tajemnica czyściutkiego mieszkania.

A wiecie co się najbardziej klika? Siostrzana miłość! Nie mogę narzekać, moje dziewczyny są fajne, współpracują i po swojemu układają swoje relacje. Widząc to jestem rozczulona i oczywiście, że puszczam to w świat. Ale prawda jest taka, że milion razy dziennie słyszę ,,Mamo! A ona…!”. Uszczypnęła, zabrała, nie chce oddać, pokazała język, nie chce być kotkiem. Jest płacz, jest złość, są dwie emocjonalne istoty, a po środku stoję ja. I naprawdę ostatnią rzeczą o jakiej myślę jest wyjęcie telefonu, aby pokazać prawdziwe życie. Bo wy przecież już je znacie, prawda?

Mam też dosyć twarde zasady dotyczące tego co mogę pokazać światu, jeśli nie ja jestem podmiotem. Nie pokażę płaczącego dziecka, ba, nie pokażę dziecka w trudnym momencie emocjonalnym. Dlaczego? Bo gdyby mój mąż wrzucił do sieci zdjęcie, na którym płaczę, albo film, na którym się wściekam to prawdopodobnie googlowałabym hasło ,,jak ukryć zwłoki”. Trudny moment mojego dziecka to moment, w którym mam pomóc przetrwać i uszanować sytuację wzburzenia emocjonalnego, które jakby nie było, jest intymnym przeżyciem. Napomknę jedynie, że są to moje przemyślenia i wytyczne i wcale nie postrzegam negatywnie osób, które robią inaczej. Podsumowując: moje dzieci są zawsze zadowolone, a przynajmniej spokojne. Na instagramie, oczywiście.

Przechodzimy do ćwiczeń i bycia fit. Chcecie prawdy? Ciąże spuściły mi niezłe bęcki. Pewnie, utrata figury boli prawie zawsze, ale ja utraciłam swoje 21 letnie ciało gdzie nic nie poddawało się grawitacji nawet o centymetr. Może gdybym urodziła w momencie, w którym widziałabym, że czas i tak swoje zrobi było by mi łatwiej? Nie wiem. Nie twierdzę, że jestem pulchna, oj nie. Mój tyłek nadal wejdzie spodnie w rozmiarze 38/40, nie popadajmy w paranoję. Jestem po prostu zniszczona, moje ciało jest poligonem. Nie uległam modzie na bycie fit, nie mam ochoty żywić się otrębami, chcę jeść czekoladę i leżeć, ale walczę o zachowanie swojego poczucia atrakcyjności. O to by rozebrać się przed lustrem z zadowoleniem. Czy, gdy ćwiczę, czuje się zdrowsza? NIE! Czuję się wykończona. Niewyspana. Obolała. Ale za to jędrniejsza. I o to chodzi.

Z zarządzeniem czasem nadal nie jest najlepiej. Zapuściłam włosy dzięki czemu nie muszę biegać do fryzjera, mam grzywkę, ale obcinam ją sama. Długie włosy można też związać i nie trzeba cudować gdy rano sterczą pod dziwnymi kątami. Manicure? Robię go sama. Opanowałam nawet robienie hybryd, aby nie musieć planować wizyty u profesjonalistki. Wczoraj skończyłam o 2:30, wstałam jak zombie, ale za to z jakimi pięknymi paznokciami! Mam spokój na całe dwa tygodnie. Kiedyś by wyszykować się do wyjścia potrzebowałam godziny, dziś po 10 minutach tylko dla siebie mogę zamknąć za sobą drzwi mieszkania.

Nie da się ukryć, że wychodzę na miasto częściej niż kiedyś. Po pierwsze, Gabryś czuje się dużo pewniej na froncie, mimo braku przewagi liczebnej. Dziewczynki sprawnie się komunikują, nie potrzebują rączki ani piersi mamy, nawet są nieco podekscytowane jednorazowymi zmianami w wieczornej rutynie. Po drugie, obie karmiłam piersią dwa lata i nigdy nie byłam w stanie przeliczyć tego ile mogę wypić by nie alkoholizować dzieci, dlatego nie piłam niemal wcale. Przez 4 lata! Odbijam sobie teraz, choćby dla zasady.

Najważniejsze co się zmieniło to to, że nie wymagam od siebie zbyt wiele, a także już nie wierzę w idealne instarodziny. I robię za kulisami dokładnie to samo, co każda inna instamatka. Jeśli nie mam siły na kreatywne zabawy puszczam bajki. Jeśli wstajemy w złych humorach to tańczymy. Gdy lodówka świeci pustką to zamawiamy pizzę. Jeśli muszę iść na drzemkę to po prostu idę, a moje córki głaszczą mnie po głowie. Jestem w stanie przetrwać kataklizm. Wiem, że nawet jeśli mam fatalny czas to zaraz przyjdzie coś dobrego. Brzmi banalnie, ale 5 lat temu pogrążyłam się w marazmie i wmawiałam sobie, że nigdy, przenigdy się w tym nie odnajdę. Dziś się z tego śmieję. Odnajdę się, bo nie mam wyjścia. Trzy osoby na mnie polegają. Jestem CEO tej rodzinnej machiny.

To co nam zostało z tych #instagoals? Kwiaty od męża. Nadal nie dostaję i właśnie zastanawiam się dlaczego.

 

You Might Also Like...

No Comments

Leave a Reply